ARTYKUŁ MIESIĄCA

Same kłamstwa o rodzinie – artykuł opublikowany w „Wysokich obcasach ekstra”  Listopad 2015, nr 11 (42), str. 58-64

Związki się rozpadają, kobiety nie chcą rodzić, rodzice nie rozumieją dzieci, dzieci nie rozmawiają z rodzicami. Kryzys w rodzinie aż furczy. Jeśli ktoś go nie widzi, przypominają mu o nim media. Wystarczy spojrzeć na ostatnie tytuły artykułów w prasie i sieci: „Kryzys małżeński w pigułce”, „Rozwody po pięćdziesiątce coraz powszechniejsze”, „Dlaczego Polki boją się macierzyństwa?”„ „Za stare na matki?”, „Helicopter parents – rodzice, którzy krzywdzą”.

Sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, gdy w grę wchodzą poglądy. I tak media prawicowe martwią się osłabieniem instytucji małżeństwa, konkubinatami i spadkiem liczby narodzin dzieci. „Fronda” pisze: „To nie małżeństwo, ale antykoncepcja niszczy namiętność”, „Brońmy małżeństwa i rodziny! To na nich opierają się wolność i ład społeczny”.

Z kolei dla lewicy zagrożeniem jest patriarchalny model rodziny i opresja wobec kobiet. „Chcecie więcej dzieci? Zagońcie ojców do pracy domowej” – pisze „Krytyka Polityczna”.

Ile w tym wszystkim prawdy o rodzinie? Zastanawialiśmy się nad tym podczas debaty, którą „Wysokie Obcasy Extra” zorganizowały na VII Kongresie Kobiet. Okazuje się, że nie tak dużo, jak wszyscy wokół każą nam wierzyć.

Kłamstwo pierwsze: Z rodziną jest gorzej niż kiedykolwiek wcześniej

Czy rzeczywiście współczesna rodzina przechodzi kryzys? – Tak, ale zadajmy sobie pytanie, czy to coś nowego – proponuje Dorota Ziółkowska-Maciaszek, psychoterapeutka, założycielka i prezeska Fundacji „Rozwód? Poczekaj!”, prywatnie żona i mama nastolatki. – Czy kiedykolwiek rodzina w kryzysie nie była?

– Z perspektywy historyka kryzys rodziny trwa od zawsze – mówi Anna Brzezińska, mediewistka, pisarka fantasy, publicystka „WOE” i matka dwóch synów. – Mówią o nim najstarsze teksty, które posiadamy. Na przykład relacja ze starożytnego Egiptu: dzieci nie szanują rodziców, żony plotkują na targu, zamiast pracować w domu, wszystko się sypie.

Historię ludzkości zaczęliśmy od narzekania na kryzys rodziny. Mediewistka dodaje, że kryzys jest stanem permanentnym, bo wiąże się ze zmianą, a historia ludzkości to historia zmiany. – Nie umiemy przyjmować jej z otwartymi ramionami, sprawia, że mamy poczucie zagrożenia – wyjaśnia.

A może nie ma się czego bać? – Kryzys jest czymś dobrym, to rodzaj przepoczwarzenia, kiedy coś się zmienia w bólach. Kryzys świadczy o wzroście, o oczyszczeniu – przekonuje dr Stanisław Obirek, teolog, historyk i antropolog kultury, który po 30 latach zakonnego życia porzucił habit jezuity i się ożenił.

A jak zmianę odbiera pojedyncza rodzina? Dorota Ziółkowska-Maciaszek przyznaje, że bywają ostre kryzysy, które potrafią zatrząść jej fundamentami – np. narodziny pierwszego dziecka. Jednak taki właśnie jest naturalny cykl rozwojowy: od kryzysu do kryzysu. Co więcej, jak podkreśla terapeutka, często dopiero kryzys ujawnia, jak bardzo rodzina jest dla nas ważna.

I tu wychodzi na jaw kolejne kłamstwo – przyjęło się uważać, że młode pokolenie rodzinę ma za nic. Tymczasem we wszelakich sondażach Polacy w każdym wieku – w sumie ok. 80 proc. z nas – deklarują, że rodzina jest największą wartością i nadaje sens życiu. Nieźle jak na stan rzekomej zapaści.

Kłamstwo drugie: 30 proc. par się rozwodzi

Jeszcze trzy dekady temu w szkolnym klasach siedziały pojedyncze dzieci rozwiedzionych rodziców. A to, że mąż i żona latami ledwie się do siebie odzywali, nie było jeszcze powodem do rozwodu. Wydawałoby się, że od tej epoki dzielą nas lata świetlne. Z badań GUS z 2013 r. wynika, że trzy najczęściej akceptowane przez Polaków powody rozwodów to: zdrada (65 proc.), niedopasowanie seksualne (59 proc.) i niezgodność charakterów (57 proc.).

Z kolei media bez końca powtarzają sensację, że rozwodzi się ponad 30 proc. par. Tylko że to nieprawda. – Mamy ogromny problem ze statystykami – mówi Paweł Maciaszek, współzałożyciel Fundacji „Rozwód? Poczekaj!” oraz mediator rodzinny i trener biznesowy. – Pary, które do nas przychodzą, często powołują się właśnie na te dane o co trzecim rozpadającym się małżeństwie.

Tymczasem – co widać w danych GUS – rzeczywiście rozwodzi się 30 proc. par, ale – uwaga! – jedynie w stosunku do nowo zawartych związków małżeńskich w konkretnym roku! To co innego niż 30 proc. rozwiedzionych par ze wszystkich istniejących małżeństw. Teraz na każde 10 tys. małżeństw – nowych i starych – rozwodzi się 73 par rocznie. To jest 7,3 proc., a nie 30 proc. wszystkich małżeństw! – Te cytowane w mediach statystyki są szkodliwe, bo bardzo źle robią parom, szczególnie tym, które zaczynają wspólny związek. Młodzi ludzie, którzy do nas przychodzą, często mówią: „Pewnie nam się nie uda, skoro tylu innym się nie udaje” – mówi Paweł Maciaszek.

Poza tym choć Polacy rozwodzą się coraz częściej – 25 lat temu na każde 10 tys. małżeństw rozwodziło się 46 par – i tak są dość powściągliwi w porównaniu z innymi nacjami. Nasz wynik podobny jest do muzułmańskiego Kazachstanu, Cypru, Rumunii i Izraela, w których wskaźnik również sięga ok. 30 proc. Dwa razy taki wynik osiągają Hiszpanie, Portugalczycy i Czesi, a rekord biją Belgowie z 70 proc.

Dorota Ziółkowska-Maciaszek: – Nasza fundacja nie nazywa się „Rozwód? Nigdy w życiu”. Są sytuacje, kiedy rozwód ratuje życie, godność człowieka, bo jest wiele bardzo destrukcyjnych związków. Z naszej perspektywy wiele rozwodów jest jednak przedwczesnych.

Kłamstwo trzecie: Kiedyś ludzie byli ze sobą do grobowej deski, na dobre i złe

Lubimy się wpędzać w poczucie winy, uznając, że obecne, częste rozwody to efekt naszych ułomności – nie umiemy być wierni jak nasi przodkowie i brak nam cierpliwości do wychodzenia z kryzysów. W tym jest sporo prawdy, ale pamiętajmy, że kiedyś kobiety były bardziej zależne finansowo od mężów, możliwe więc, że dawniej trwałość małżeństwa gwarantowały pieniądze. Poza tym obecnie, pierwszy raz w historii, „do grobowej deski” oznacza dekady ze sobą. Nigdy wcześniej na taką skalę nie świętowaliśmy tyle rubinowych czy diamentowych rocznic! – Powołam się na statystyki z XVI-wiecznej Florencji. Mamy dosyć dobre dane dotyczące śmiertelności w tamtym czasie – mówi Anna Brzezińska. – Historycy wyliczyli, że statystyczne „I nie opuszczę cię aż do śmierci” trwało siedem lat, bo potem któreś z małżonków umierało. Rodzina z przeszłości to nie była para z 50-letnim stażem małżeńskim.

Kłamstwo czwarte: Tradycyjna rodzina upada

– Media wmawiają nam istnienie tzw. silnej, tradycyjnej rodziny – mówi Tomasz Piątek, pisarz i publicysta „Gazety Wyborczej” oraz „Miesięcznika Ewangelickiego”. – Ale czytałem, że tak naprawdę to nowy wynalazek, dopiero z końca XIX w. Znalazłem też dane, że w Wiedniu w 1850 r. połowa dzieci była nieślubnych, a teraz jest to 7 proc.

Z mitem tradycyjnej rodziny polemizuje też Brzezińska: – Z powodu wysokiej i wczesnej śmiertelności, o której mówiłam na przykładzie Florencji, dawna rodzina to nie byli tylko rodzice i ich dzieci. Ludzie się powtórnie pobierali, więc w tej rodzinie pałętało się potomstwo z pierwszego związku żony, mąż miewał dzieci nieślubne na boku, bo do czasu soboru trydenckiego takich dzieci było dużo, zwłaszcza wśród wyższych warstw społecznych. Potem Kościół zmienił do nich stosunek i swawole się skończyły.

Zatem przyrodnie i przyszywane rodzeństwo, ojczymowie i macochy – słowem rodzina patchworkowa – to nie są zjawiska współczesne, ale znane od wieków. Podobnie jak singielstwo kobiet. – W tej dawnej rodzinie były też ciotki, które owdowiały, nie mając potomstwa, oraz ciotki, które nie wyszły za mąż. Od jednej czwartej do jednej trzeciej kobiet nie wychodziło za mąż. To był ideał, do którego wychowywano dziewczynki, ale nie wszystkie go realizowały – zauważa Brzezińska.

Kłamstwo piąte: Polska rodzina jest patriarchalna

Trudno więc mówić o zachwianiu się tradycyjnego ideału, skoro niełatwo go zdefiniować. Za to, bez żadnych wątpliwości, mocno chwieje się patriarchalny model rodziny. Motorem zmian są kobiety.

Zaczęło się w latach 60. od wynalezienia pigułki antykoncepcyjnej, dzięki której kobiety zyskały władzę nad swoją płodnością. Dzisiaj to one częściej występują o rozwód, opóźniają decyzję o wejściu w trwały – formalny czy nieformalny – związek, opóźniają moment urodzenia pierwszego dziecka lub w ogóle z niego rezygnują.

A co z modnym ostatnio partnerstwem 50/50, czyli pół na pół. Czy podział obowiązków po połowie to jedyny słuszny kierunek dla współczesnych, nowoczesnych par? Doktor Marta de Zuniga, adiunkt w Instytucie Nauk Politycznych UW, członkini chrześcijańskiego think tanku Laboratorium Więzi, matka pięciorga dzieci, jest za partnerstwem 100/100: – Ukułam sobie to powiedzenie w analogii do tego, co mówią dzieci moje i mojego męża Hiszpana: że są stuprocentowymi Polakami i stuprocentowymi Hiszpanami jednocześnie. W małżeństwie każda z osób powinna być na sto procent. Bez rozliczania, „Bo ja dzisiaj sprzątałam, to ty dzisiaj musisz”. To model: wszystkie ręce na pokład, każdy jest tak samo zaangażowany. Hiszpanie nie mówią tak podniośle jak my: „budować rodzinę”, tylko „hacer familia” – robić rodzinę. Posługuję się często tym terminem, bo myślę, że rodzinę właśnie się robi na co dzień: ja zrobię to, ty zrób tamto i tak dalej.

Kłamstwo szóste: Kiedyś kobiety nie musiały pracować

– W większości warstw społecznych kobiety musiały pracować – mówi Brzezińska. – Model, w którym kobieta jest w domu, jest modelem bardzo arystokratycznym, na jaki większość ludzi nie mogła sobie pozwolić.

Pracy kobiet nie traktowano kiedyś jak zła koniecznego, przeciwnie była ważna i szanowana. – Ta niepracująca matka leżąca na szezlongu, którą teraz się przywołuje w publicystyce, jest dość zabawnym współczesnym wynalazkiem, którego w przeszłości nie było. Nawet panie, które miały służbę, tkały, wyszywały i przędły, a poza tym działały trochę jak współcześni menedżerowie, bo musiały nadzorować wielkie posiadłości. Kiedy mąż był w parlamencie, na wojnie czy na dworze, ktoś musiał zarządzać gospodarstwem i była to właśnie żona – mówi Anna Brzezińska.

Nie chlubmy się więc tym, że dopiero my wpadliśmy na pomysł docenienia pracy domowej kobiet. Przed wiekami była doceniana bardziej niż dziś, choć nie była finansowo wynagradzana.

Kłamstwo siódme: Małżeństwo/związek to namiętność

– W XIX w. zakorzenił się w naszej świadomości romantyzm i od tego momentu oczekujemy od małżeństwa harmonii i napięcia emocjonalnego – opowiada Brzezińska. – Nie mówię, że rodziny się kiedyś nie kochały, ale ideałem nie była miłość zmysłowa, eros, lecz przyjaźń, lojalność, wspólna praca. Przez wieki małżeństwo było umową dwóch rodzin, zabezpieczającą ich interesy ekonomiczne i nierzadko polityczne. To obowiązywało we wszystkich warstwach społecznych: łączyły się gospodarstwa rolne, warsztaty, arystokratyczne rody. Paweł Maciaszek zauważa jednak, że romantyzm nie jest zły – to on pcha nas do decyzji o małżeństwie. Jednak problem w tym, że zakochanie nie jest miłością i nie trwa wiecznie. Zaledwie ok. 27 miesięcy. Później zaczyna się problem – namiętność mija, partnerzy są zaskoczeni, mimo że psychologowie mówią o tym od lat.

Biologicznie tłumaczy się to tak: natura przygotowała nas do tego, żeby najpierw bliżej się poznać, spłodzić dziecko i trochę je odchować. Natomiast potem, po czasie namiętności, możemy tworzyć coś bardziej stabilnego, co nam w życiu zaprocentuje długoterminowo – chodzi tu o intymność, rodzaj bliskości, zażyłości i zaufania między małżonkami, często przyjaźni. Coś tracimy, ale też coś zyskujemy. To może być wsparciem związku na dekady, bo nie mamy wpływu na namiętność, ale możemy pracować nad intymnością.

Kłamstwo ósme: Rodzina idealna istnieje

Dorota Ziółkowska-Maciaszek mówi, że w niektórych małżeństwach w pewnym momencie pojawia się coś, co ona nazywa „projektem małżeństwo”. – Wiele par poddaje się presji społecznej na to, żeby ich małżeństwo „jakoś wyglądało”. Para inwestuje wówczas energię w budowanie folderu reklamowego rodziny, skupia się na osiągnięciu „wskaźników sukcesu”: mamy piękny dom, samochód, ślicznie wyglądamy – mówi. Taka rodzina jest na pokaz, dla innych. – Jak przychodzi do nas para, która mówi: „Znajomi uważają nas za parę idealną”, to nam od razu się zapalają czerwone światła, bo to oznacza, że pod dywanem ukrytych jest wiele śmieci – mówi Ziółkowska-Maciaszek.

Przyzwyczailiśmy się mówić o rodzinie trochę jak o przedsiębiorstwie, gdzie liczy się zyski i straty, a trochę jak o maszynie, która ma dobrze działać. – Przez większą część historii ludzkości rodzina była raczej organizmem, ciałem, co wpisywało ją do świata natury. Takie ujęcie dawało przyzwolenie: ręka czasami boli, czasem człowiek się skaleczy w nogę, ale iść trzeba. A to, jak mówimy, jest niezwykle istotne dla naszego myślenia o tym, kim jesteśmy w związkach – uważa Brzezińska.

Kłamstwo dziewiąte: Polki nie rodzą dzieci, choć nigdy im nie było tak dobrze

Choć sytuacja materialna polskich rodzin poprawiła się przez ostatnie 25 lat, to jednak Polki rodzą mniej dzieci niż wcześniej, mniej nawet niż większość Europejek. Taki jest ponury fakt demograficzny. Tyle że nie są to, jak mówią niektórzy, konsekwencje niepewnej sytuacji finansowej Polaków i Polski w ruinie, tylko w dużej mierze czarnego PR.

W spisie powszechnym w 2011 r. kobiety po raz pierwszy bardzo niechętnie mówiły o swoich planach prokreacyjnych. Ankieterzy nigdy wcześniej nie mieli takiego problemu. Przez dekadę zdarzyło się coś złego, rodzina i dzieci stały się tematem drażliwym, przyczółkiem, który musimy bronić przed innymi – państwem, politykami, hejtem w internecie.

– Myślę, że w Polsce wśród młodych ludzi jest ogromny lęk przed rodziną spowodowany tym, że została odczarowana – mówi Marta de Zuniga. – Wcześniej była pewną utopią. To wyobrażenie popychało ludzi do zawarcia związku małżeńskiego. A dziś wiemy już, jak rodzina naprawdę funkcjonuje, i każdy młody człowiek, śledzący debatę publiczną wie, że rodzina może być siedliskiem dyskryminacji, przemocy, nawet pedofilii. Może też być też siedliskiem traum niezamierzenie wdrukowanych dzieciom przez rodziców. Odczarowanie jest tak powszechne, że cudem jest to, że wciąż w deklaracjach aspiracji i wartości rodzina jest na pierwszym miejscu.

Kłamstwo dziesiąte: Polki nie rodzą dzieci, bo robią karierę i muszą zwiedzić Tokio

To ewidentna bzdura. Bezdzietność kobiet zbadali naukowcy Szkoły Głównej Handlowej w ramach projektu FAMWELL i jej pierwszą – i absolutnie najważniejszą! – przyczyną okazuje się brak stabilnego związku. Ponad połowa badanych bezdzietnych kobiet nigdy nie była w stałym związku, nigdy nie zamieszkała z partnerem i nie wyszła za mąż. Drugim powodem są problemy z zajściem w ciążę, trzecim –  inne kłopoty zdrowotne. 
 Głośna akcja społeczna – a raczej antyspołeczna – o singielce, która robiąc karierę i goniąc za pieniędzmi, „nie zdążyła” urodzić dziecka, nie ma więc żadnych podstaw, co tłumaczy, czemu tak wkurzyła wiele Polek. Nie pomaga także polityczna nagonka na in vitro – ta jedyna szansa, by wiele polskich rodzin miało dzieci, stała się symbolem walki z „tradycyjną rodziną”.

Kłamstwo jedenaste: Narzekanie na politykę rodzinną coś zmieni

Kobiety są dziś ogromnie samotne w swoim macierzyństwie. – Dawno temu wychowywanie dzieci było czynnością kolektywną. Kiedyś znacznie bardziej wspólnotowo myśleliśmy i realizowaliśmy całą masę funkcji rodzinnych – mówi Anna Brzezińska.

I od lat narzekamy na to samo – na słaby dostęp do przedszkoli, pracodawców, którzy krzywo patrzą na kobiety w ciąży lub na zwolnienia opiekuńcze, absurdalne godziny zamykania przedszkoli i zakończenia lekcji kolidujące z pracą rodziców, 23-procentowy VAT na ubranka dziecięce (Wielka Brytania – 0 proc.) oraz nieelastyczny czas pracy – ale niewiele sami z tym robimy.

Demokracja polega na tym, że wymagać od polityków możemy wszyscy. Czy więc poseł, na którego głosowałaś, zrobił coś dla rodziny? A radni i burmistrz? To oni przecież decydują o liczbie żłobków i przedszkoli, o dopłatach do stołówek i świetlic, liczbie placów zabaw, taryfach za muzea czy baseny. Zacznijmy więc interesować się polityką częściej niż raz na cztery lata przed wyborami. W Sejmie jest masa posłów sprawujących mandat kolejną kadencję. Jeśli przez lata zrobili tak mało dla rodziny, dlaczego wciąż ich wybieramy? Głosować powinniśmy na tych, którzy już wiele dla nas robią, a nie na tych, którzy obiecują, że dopiero zaczną.

I wreszcie możemy zaangażować się sami. Z grupą innych rodziców, z pomocą lokalnych gazet, rozmaitych fundacji można wywalczyć podjazdy dla wózków, przewijaki w urzędach, żłobki przy uczelniach, a nawet sensowne godziny otwarcia przedszkoli.

Co dalej z rodziną?

Co może pomóc przestraszonym młodym ludziom albo małżeństwom, które przechodzą kryzys?

Religia? Profesor Obirek uważa, że Boga nie należy mieszać do miłości dwojga ludzi: – W Polsce małżeństwo, podobnie zresztą jak rozwód, ma komponent religijny. To trochę infantylizuje cały kontrakt ślubny: nie chodzi o wierność sobie nawzajem, ale o wierność Bogu. Widzę w tym pewien fałsz, który sprawia, że argument religijny jest używany jak szantaż. Paweł Maciaszek ma inne zdanie: – Mimo deklarowanej wszem i wobec neutralności światopoglądowej uważamy, że pierwiastek duchowy w małżeństwie jest ważny. Duchowość – nieważne, w jakiej formie – spaja małżeństwo. Bywa, że ślub kościelny jest ostatnią deską ratunku przed rozwodem. Jednak nie mamy badań mówiących o jakości takich związków, tu może być różnie.

– Z moich obserwacji wynika, że wiara odgrywa rolę – dodaje Marta de Zuniga. – To jest jeszcze jeden powód, żeby w tym dniu, kiedy swojego męża po prostu nie lubisz, spojrzeć na niego z innej perspektywy i dać mu jeszcze jedną szansę.

Co może pomóc niewierzącym?

Paweł Maciaszek: – Mówimy naszym pacjentom: to nie statystyki rozwodzą, to wy podejmujecie decyzję. Macie wpływ na jakość waszego małżeństwa.

Dorota Ziółkowska-Maciaszek przestrzega z kolei przed pochopnym porzucaniem niezadowalającego nas partnera i szukaniem zieleńszej trawy: – Wiele osób, kiedy mija faza namiętności, mówi: „Skończyło się. Minęła szczęśliwość, trzeba znaleźć nową”. Tymczasem statystyki pokazują, że kolejne związki rozpadają się jeszcze częściej niż pierwsze. My kładziemy nacisk na to, żeby pary uczyły się bycia ze sobą. Długotrwały związek to ogromna szansa rozwoju. Uczymy się partnerstwa, cierpliwości, odpuszczania, tolerowania wad, ale też siebie samych. To ważne, bo często mamy wyidealizowany obraz siebie: „Jestem bardzo dobrą partnerką, to wszystko nie wychodzi przez mojego męża”.

Paweł Maciaszek odradza też próby zmieniania drugiej osoby: – Jest takie ludowe porzekadło: „Widziały gały, co brały”, i to jest prawda. Jeśli na samym początku mało od partnera wymagamy, nie dziwmy się potem, że on nie spełnia oczekiwań. Panie uważają, że: „Jak się ożeni, to się odmieni”, a panowie uważają, że fajnie byłoby gdyby ona się nigdy nie zmieniała. Jedni i drudzy nie mają racji.

Zamiast na siłę zmieniać się wzajemnie, lepiej uczyć się tego, co Maciaszkowie nazywają językami miłości. Czy skoro on nie przynosi kwiatów i nie mówi, że kocha, to na pewno znaczy, że nie kocha i nie dba? A może „powiedział to”, myjąc twój samochód lub zabierając w weekendowy poranek dzieci na spacer, żebyś mogła się wyspać?

Zdaniem Stanisława Obirka małżeństwu służy transparentność: – W zakonie nie ma w zasadzie prywatnego życia. Moje przejście z niego do związku z żoną było kontynuacją całkowitej przejrzystości. Brak absolutnej szczerości w związku jest garbem, który podczas kryzysu urasta do rangi niepokonywalnej przeszkody. Jakieś konto bankowe, znajomość, o której żona nie wie – to prędzej czy później wybuchnie.

Dla dobra związku nie należy też zatracać się w rodzicielstwie. – Skupienie na dzieciach bywa usprawiedliwieniem od poznawania się małżonków – mówi Ziółkowska-Maciaszek. – Ale wtedy często pojawia się ostry kryzys, gdy dzieci wyfruwają z gniazda.

Bo najzwyczajniej w świecie – bazą rodziny jest para.

 

 

 

 

 

 



  • Statystyki

    W 2013 r. rozwiodło się ponad 66 tys. par małżeńskich, co oznacza wzrost liczby rozwodów (o ponad 1,6 tys.) w stosunku do roku poprzedniego.

    W miastach intensywność rozwodów jest ponad dwukrotnie wyższa niż na wsi.

    Rozwiedzeni małżonkowie przeżywają ze sobą przeciętnie ok. 14 lat. Średni wiek mężczyzn w momencie rozwodu to 40-41 lat. Kobiety były o ok. 2 lata młodsze. 47,7% to rodziny bezdzietne, a 37,7% to rodziny z 1 dzieckiem. Najmniej rozwodów występuje w rodzinach wielodzietnych (0,8 – 2,9%).

    W ostatnich latach ponad 2/3 przypadków powództwo o rozwód wnosi kobieta. Natomiast orzeczenie rozwodu z winy żony następuje w niewiele ponad 3% przypadków. Wina męża orzekana jest w 20% przypadków. Zwykle, w ponad 70% rozwodów, sąd nie orzeka winy.



  • strona www: Fabryka Dizajnu
    projekt graficzny: nietypowo.com