Siedem pomysłów na nieudane małżeństwo

Mój przyjaciel, pytany dlaczego właściwie ożenił się ze swoją pierwszą żoną, odpowiadał: „Z uprzejmości”. Jego pierwsze małżeństwo oczywiście nie przetrwało, a kolejne nieformalne związki też były nieudane. Mimo, że całe życie marzył o prawdziwej miłości, powody dla których wiązał się z kolejnymi kobietami miały bardzo niewiele wspólnego z miłością. „Zakochiwał się” często, angażował w związki swoje marzenia, czas, energię i pieniądze, a potem zawsze pojawiał się ból i rozczarowanie.  Nie on pierwszy i nie on ostatni. Okazuje się bowiem, że jedną z najważniejszych życiowych decyzji, decyzji o byciu z kimś „dopóki śmierć nas nie rozłączy”  podejmujemy często z zupełnie niewłaściwych powodów. Często dla lepszego samopoczucia wmawiamy sobie, że to prawdziwa miłość, przeznaczenie, uśmiech losu czy życiowa szansa. A faktyczne powody takich decyzji bywają prozaiczne. Oto one:

– presja wieku, rodziny, przyjaciół,

– samotność i desperacja,

– głód seksualny,

– chęć ucieczki od własnego życia,

– niedojrzałość psychiczna,

– poczucie winy,

– chęć wypełnienia emocjonalnej i duchowej pustki.

Przyjrzyjmy się im nieco bliżej.

Presja wieku nadal mocno funkcjonuje w niektórych środowiskach, mimo, że sama granica wieku zawierania związków poszła w górę. Presja ta towarzyszy nam od zawsze gdyż kiedyś fizyczne przetrwanie rodziny i jej dobrobyt zależały od ilości posiadanych dzieci.

Im wcześniej pojawiały się dzieci i im więcej ich było, tym większa i silniejsza stawała się rodzina. Było to tym bardziej istotne, że średnia długość życia nie przekraczała 40 lat, a prawie połowa noworodków nie przeżywała. Synowie pomagali na polowaniu i w polu, córki były „towarem wymiennym”. Córkę należało jak najszybciej wydać za mąż, czyli w wieku 13-14 lat. Kobieta 25 letnia i niezamężna musiała mieć jakiś bardzo poważny feler. Mamy więc (głównie kobiety) wyregulowany przez tysiące lat

wewnętrzny zegar, który przypomina, że „już czas!”. W pewnym wieku zegar ten zaczyna tak natrętnie cykać, że nasz niepokój wewnętrzny staje się nie do zniesienia. I wtedy … I wtedy obniżamy wymagania wobec potencjalnych kandydatów na małżonków, byle mieć „to” wreszcie z głowy.

W decyzji tej często nas wpierają rodzice z utęsknieniem czekający na wnuka, ciotki

zawsze płaczące na ślubach, wujkowie, co to się lubią napić na weselach i cała rzesza przyjaciół, którzy są już „zaobrączkowani”, a razem – raźniej.

Oczywiście można najpierw skupić się na studiach i karierze, ale bycie singlem w jesienne weekendy, wigilię i sylwestra nie jest wcale takie fajne, jak piszą w poradnikach. Wszyscy znajomi na facebooku i naszej klasie mają już rodziny i dzieci, a na zdjęciach wyglądają na szczęśliwych. Dorabiają się, meblują mieszkania, wożą dzieci do przedszkola. Ty możesz pojechać na wakacje gdzie chcesz, ale w domu nikt na ciebie nie czeka. Możesz wprawdzie kupić kota i zacząć robić doktorat, ale w pewnym momencie samotność stanie się bardzo bolesna. Praca, kariera, spanie, kot – to za mało, by żyć. Przychodzi dzień lub częściej noc, gdy pojawia się w Tobie wręcz desperackie pragnienie miłości. Chcesz kochać i być kochaną/ym za wszelką cenę!

Cena jest wysoka, ale wtedy jeszcze o tym nie myślisz. Zaczynasz działać! Wtedy to każdy, nawet najmniejszy przyjazny gest ze strony potencjalnego partnera (a każdy/każda staje się potencjalnym partnerem na życie) utwierdza cię w przekonaniu, że oto przyszła do Ciebie WIELKA MIŁOŚĆ. Zrobisz wszystko, by nie przeżywać już dłużej samotności, nawet największą życiową głupotę.

Samotności, oprócz głodu emocjonalnego, często również  towarzyszy głód seksualny, który jeszcze bardziej upośledza nasze widzenie świata. Wyłączając mistyków, joginów i osoby duchowne, dłuższa abstynencja seksualna u normalnych, zdrowych, a tym bardziej młodych ludzi wywołuje bardzo mocne napięcie, z którym samemu trudno sobie poradzić. Kierowani tą potężną siłą nawiązujemy bliskie, intymne relacje z ludźmi, których w innych okolicznościach nawet byśmy nie zauważyli. Kierowani przemożnym instynktem zawieramy sami ze sobą najbardziej pokrętne pakty i idziemy na żenujące kompromisy, by tylko jakoś usprawiedliwić poddanie się zwyczajnej żądzy. Chodzi o to, by kochać się, nawet z kimkolwiek. Względy estetyczne, intelekt, wrażliwość, czułość? Nic z tych rzeczy. Liczy się pożądanie i dzika namiętność. Jest to jednak zupełnie inna namiętność niż ta, jaka rodzi się między dwojgiem zakochanych w sobie ludzi, ale z powodzeniem wystarcza, aby się z kimś ożenić, czy wyjść za mąż.

Jeszcze innym powodem, dla którego ludzie potrafią wiązać się ze sobą jest chęć ucieczki od własnego życia. Większość z nas lubiła się w dzieciństwie bawić w dom. Niektórym niestety zostaje to na dorosłe życie, a wtedy związek małżeński staje się dla nich szansą na odejście od swojej nudnej, jałowej i pustej egzystencji. Będzie fajnie! Trzeba tylko do tej zabawy znaleźć partnera. Osoba partnera, uczucia jakimi go darzę, czy nawet jego chęć do udziału w tej grze nie jest w sumie najważniejsza.

Zabawa sama w sobie jest ważna, tym bardziej, że oferuje wiele ekscytujących ról:

narzeczona, panna młoda, żona, matka, synowa, szwagierka, a może i kochanka. Koniec z nudą i szarym, bezcelowym życiem. Czas zmienić swoje życie i wyjść za mąż.

Są też tacy, którzy tak pokochali zabawę w dom, że nie chcą nic zmieniać w swoim życiu i nie chcą dorosnąć. Szukają więc osób, które zagrają rolę ich matek lub ojców i zaopiekują się nimi. Są to często osoby wywodzące się z dysfunkcyjnych lub niepełnych domów. Życiowy partner ma kompensować ich deficyty z dzieciństwa i chronić przed dojrzałością – takiego właśnie szukają. Stąd często związki, gdzie między partnerami istnieje duża różnica wieku, pozycji finansowej i zawodowej, bagażu doświadczeń życiowych.

Jest wprawdzie między nimi wyraźny stosunek zależności, ale za to jest wygodnie i bezpiecznie. Do czasu rzecz jasna.

Czasami, w co trudno uwierzyć, u podstaw relacji małżeńskiej leży poczucie winy. Gdy uwikłamy się w związek i nie potrafimy go przerwać, by nie zranić boleśnie partnera. Gdy boimy się, że po rozstaniu z nami partner zupełnie sobie nie poradzi, będzie cierpiał, albo, nie daj Boże, coś sobie zrobi – litujemy się. Strach przed przeżywaniem trudnych emocji związanych z zakończeniem związku powoduje, że wmawiamy sobie miłość do partnera. Współczucie i przedziwne „poczucie przyzwoitości” zwycięża, by zawsze w konsekwencji przynieść opłakany efekt. Co ciekawe, jest to motyw również charakterystyczny dla osób pochodzących z rodzin dysfunkcyjnych.

Chyba wszystkim nas, jako przedstawicieli homo sapiens, łączy potrzeba miłości, akceptacji, przynależności, sensu i duchowej pełni. Dlatego miłość jest dobrem tak powszechnie pożądanym, gdyż nadaje sens naszemu życiu i zaspokaja potrzebę przynależności. O miłość zabiegają wszyscy. Ci, którzy chcą podzielić się sobą i mają coś do zaoferowania drugiemu człowiekowi i ci, którzy z jakiś względów „mają serce puste jak orzeszek”.

Ci jałowi emocjonalnie i duchowo osobnicy upatrują w miłości remedium na swoją pustkę. Bycie z kimś, nawet byle kim, powoduje to, że nie muszę być sami ze sobą. Ze swoim napięciem, osamotnieniem,  alienacją. Będzie mi lżej, jeżeli będę posiadać kochającego mnie partnera. Im partner będzie lepszy i bardziej we mnie zakochany, tym dla mnie lepiej. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że nawet najbardziej kochający partner nie jest w stanie wypełnić mojej wewnętrznej pustki.

Może nie był dostatecznie dobry? Nie. Nie tędy droga. Tej pustki w nas nie wypełni nikt, ani nic z zewnątrz. Szkoda tylko, że po drodze boleśnie ranimy kochających nas ludzi.

Tak więc moi drodzy narzeczeni: nie żeńcie się i nie wychodźcie za mąż z uprzejmości, na odczepnego, bo wypada, bo będzie fajnie i bezpiecznie, z litości i ze strachu oraz dla samego seksu.

Żeńcie się i wychodźcie za mąż z MIŁOŚCI,  a jeżeli dołożycie do niej bliskość, zaangażowanie, przyjaźń i cierpliwość – wasze małżeństwo ma szanse bycia trwałym i szczęśliwym .

A co to jest „miłość”? – spytacie. O tym następnym razem.

 

 

                                                                                  Autor tekstu: Paweł Maciaszek

 



  • Statystyki

    W 2013 r. rozwiodło się ponad 66 tys. par małżeńskich, co oznacza wzrost liczby rozwodów (o ponad 1,6 tys.) w stosunku do roku poprzedniego.

    W miastach intensywność rozwodów jest ponad dwukrotnie wyższa niż na wsi.

    Rozwiedzeni małżonkowie przeżywają ze sobą przeciętnie ok. 14 lat. Średni wiek mężczyzn w momencie rozwodu to 40-41 lat. Kobiety były o ok. 2 lata młodsze. 47,7% to rodziny bezdzietne, a 37,7% to rodziny z 1 dzieckiem. Najmniej rozwodów występuje w rodzinach wielodzietnych (0,8 – 2,9%).

    W ostatnich latach ponad 2/3 przypadków powództwo o rozwód wnosi kobieta. Natomiast orzeczenie rozwodu z winy żony następuje w niewiele ponad 3% przypadków. Wina męża orzekana jest w 20% przypadków. Zwykle, w ponad 70% rozwodów, sąd nie orzeka winy.



  • strona www: Fabryka Dizajnu
    projekt graficzny: nietypowo.com